Na podium z mamą

Matka bardzo uzdolnionej gimnastyczki była tak skupiona na promowaniu córki, że doprowadziła do rozpadu klubu. Rodzice innej dziewczynki nie pozwolili jej przyjąć powołania do kadry olimpijskiej, bo to wiązałoby się z rozstaniem - mieszkali w Warszawie, córka, 14-latka, trenowałaby i mieszkała w Gdyni. Kto wybiera pasję dziecka?
Wybór

Beata Rybak, gimnastyczka, prawniczka, trenerka gimnastyki artystycznej: - To, czy dziecko ćwiczy zawodowo, to w dużym stopniu decyzja rodziców. Staram się nie zapominać, że rodzice też mają swoje ambicje. Co to znaczy? Że u mnie, owszem, rodzice mogą siedzieć na sali podczas treningu, ale jeśli widzę, że dziecko spina obecność matki, biorę na rozmowę: kto właściwie chce chodzić na zajęcia? Matka czy córka?

Odpowiedź nie jest oczywista. Bo o co właściwie chodzi rodzicom, którzy za karę za nieudany występ na turnieju każą dziecku biec za samochodem? Takie opowieści zna każdy rodzic małego sportowca.

Maria Ejchart, prawniczka, mama dziewięcioletniego Tadzia, który w tym sezonie zajął drugie miejsce w slalomie Ligi Zakopiańskiej w kategorii młodszych dzieci: - Wiadomo było, że Tadzik będzie jeździł, bo my jeździmy, ale nie planowaliśmy jazdy wyczynowej. To było spontaniczne.

Zakopane - Tadzik, niespełna trzyletni, kazał sobie założyć narty. Tata powiedział, co i jak robić. Tadzio zjechał, a z kanciapy wyciągowych wyszli górale i spytali, czyj on.

Maria: - Bo zwykle dziecko w tym wieku co kawałek się wywala.

Tej samej zimy zjechał jeszcze z ojcem Kasprowego, a zaraz potem zaczął trenować w legendarnym Warszawskim Klubie Narciarskim. Trenowanie to 50-60 dni rocznie na stoku. Nie tylko zimą, np. latem są treningi na sztucznej nawierzchni, no i obozy.

Raz w tygodniu Tadzio ma trening ogólnorozwojowy, raz w tygodniu - narty. Do tego trzy-cztery dwutygodniowe wyjazdy - do Zakopanego, w Alpy - no i zawody.

Marcin Bukowski miał dwa lata, kiedy zaczął kopać piłkę. I robił to tak, jakby z nią wyskoczył z brzucha matki. Mogła być do nogi, ręczna, do kosza. Oglądał bajkę i kozłował. Rozmawiał z rodzicami i jednocześnie prosił: - Mamo, rzuć! A teraz na lewą rękę, a teraz na prawą. Jeszcze raz...

Ewa Bukowska, aktorka, scenarzystka, mama Marcina: - Było oczywiste, że to nie będzie tylko zabawa, Marcin traktował sport bardzo poważnie. Marzył, że zostanie piłkarzem.

Rodzice byli jednak temu przeciwni - był kruchy, często chorował, uznali, że piłka nożna jest zbyt kontaktowym sportem. Musieli jednak dać mu coś w zmian. Wymyślili więc tenis, którego bardzo lubił jego ojciec (Marek Bukowski, aktor i scenarzysta). - I Marek został pierwszym trenerem siedmioletniego Marcina. Potem poszliśmy do jednego z warszawskich klubów. Było już po terminach zapisów, ale trener powiedział: "Dobra, pokaż co potrafisz". Pokazał i został.

W wieku 13 lat Marcin wyjechał do szkoły tenisa w Juan Carlos Ferrero w Hiszpanii. Mieszkał tam w internacie cztery lata. Przez większość czasu musiał radzić sobie bez rodziców.

Sportowe dzieci zwykle mają sportowych rodziców. Ale nie zawsze. Beata Rybak: - Rodzice przyprowadzili do mnie Basię, żeby ją usprawnić ruchowo, a ona po roku treningów była w czołówce klubu, po dwóch latach była zauważana w skali kraju.

Wyrzeczenia

Kalendarz Kasi Szmytke, instruktorki fitness prowadzącej zajęcia dla studentów Uniwersytetu Warszawskiego, matki trójki dzieci, wygląda niepozornie, ale tylko z zewnątrz. W środku niesamowity grafik - rozrysowane zajęcia szkolne i pozaszkolne, sportowe całej jej trójki. Karolina, siedmiolatka, chodzi do szkoły sportowej, dwa razy w tygodniu ćwiczy gimnastykę artystyczną, tańczy i pływa. Starszy syn, też uczeń szkoły sportowej, jest wicemistrzem Polski w pływaniu stylem grzbietowym, poza tym ćwiczy dżudo i tańczy w zespole Warszawianka, w którym mama była 15 lat. Najmłodszy, przedszkolak, ćwiczy dżudo i gimnastykę sportową.

Przykładowy dzień Kasi zgodnie z jej kalendarzem: 15.15, Karolina kończy lekcje. Kasia odwozi ją do domu na obiad i jedzie po Bartka do przedszkola - zawozi go na gimnastykę sportową. Wraca do domu - gdy podjeżdża, Karolina już jest na dole i Kasia zawozi ją na tańce. Wtedy Bartek kończy gimnastykę, je baton i czeka na mamę. Kasia zawozi synka przedszkolaka do domu, do którego właśnie dziesięcioletni syn wrócił z angielskiego. Młodszemu Kasia włącza "Boba Budowniczego", starszego zawozi na dżudo. Jest 17.30, więc odbiera Karolinę z tańców i zawozi ją na gimnastykę artystyczną. Wszyscy spotykają się w domu o 20.30.

Kasia Szmytke i jej dzieci mają pięć takich dni w każdym tygodniu. - Dla mnie to jest megamęczące, ale ja odpoczywam w pracy. A dzieci? Nie ma takiego czasu, że nic nie robią. W soboty chodzimy popływać, na rolki albo na konie, ale już na luzie - jak się nam nie chce, to nie idziemy.

Żeby tygodniowy maraton miał szanse się udać, w weekend trzeba zrobić wszystko na cały tydzień. Na ogół się udaje. Karolina w pierwszej klasie ma mało lekcji, Kuba z kolei jest bardzo zdolny - bez trudu zdobył świadectwo z czerwonym paskiem. Ale bywa ciężko. - We wrześniu nie wiedzieliśmy, jak się nazywamy - przyznaje Kasia Szmytke.

Marcin Bukowski, tenisista, miał 13 lat, kiedy pojechał na letni obóz sportowy do Hiszpanii. Po dwóch tygodniach przyjechali tam do niego rodzice. - Idziemy z Markiem po pięknym, zielonym terenie. 10 hektarów, mnóstwo kortów, baseny, domki. Podchodzi Marcin z trenerem, przedstawia nas. Trener pyta: "Czy państwo poważnie myślą o tym, żeby Marcin zawodowo trenował? Byłoby warto, chłopak ma talent".

Chcieliśmy, ale tenis zawodowy oznacza bardzo ciężką pracę. Jednak Marcin się nie zastanawiał ani przez moment. Harówka się opłaciła - dziś jest szczęśliwy, że się nie wycofał.

Ewa Bukowska: - To była potwornie trudna decyzja. Przeważyło to, że Marcin bardzo chciał.

Znaczenie miał jego charakter - odpowiedzialność, upór i zaangażowanie w tenis, ale także banalne problemy ze szkołą. Do 13. roku życia Marcin zaliczył cztery szkoły. Nie dlatego, że zawalał naukę. Dlatego, że szkoły nie akceptowały ciągłych nieobecności z powodu turniejów.

Ewa Bukowska: - Mówili, żeby, skoro jest taki utalentowany, posłać go do szkoły sportowej. Ale w Warszawie nie ma szkoły sportowej z klasą tenisową! Jest pływanie, gimnastyka, piłka ręczna, ale tenisa nie ma!

Marek, tata Marcina, był tak zdenerwowany wyjazdem syna, że nie poszedł odprowadzić go na lotnisko.

Ewa: - Jechaliśmy we dwójkę, milczeliśmy, bojąc się, żeby tuż przed rozstaniem nie palnąć jakiegoś głupstwa. Powiedziałam tylko: "Synku, jeśli cokolwiek nie będzie ci pasowało, mów, wsiadam w samolot i po ciebie jadę".

Cztery lata kursowali między Polską a Hiszpanią. Co dwa miesiące, gdy Marcin przyjeżdżał - zdać egzaminy w szkole, zagrać w turnieju - Ewa zawieszała wszystko. Nie było pracy, przyjaciół, imprez, tylko szykowanie smakołyków i pełna gotowość, żeby jechać do Radomia, Gdyni, gdziekolwiek, gdzie Marcin będzie grać. Co dwa-trzy miesiące oni lecieli na kilka dni do Hiszpanii.

Treningi

Beata Rybak: - Nie ukrywajmy tego, że jak się rozciągamy, to boli i łza może popłynąć. Ale nie ma mowy o tym, żeby dziecku stała się krzywda, bo od tego jest trener, aby pilnować granicy. Ty do tego momentu możesz pracować plecami, później skupiamy się na pracy z przyrządami. Na zajęciach każda dziewczynka pracuje indywidualnie, każda ma swoje zadania.

W klubie ćwiczą dziewczynki od czterech do 18 lat. Szybko okazuje się, która będzie ćwiczyła tylko dla przyjemności, w sekcji rekreacyjnej, a która dobrze rokuje, a więc przejdzie do sekcji wyczynowej. - Gdy widzę, że dziecko ma predyspozycje, zwracam szczególną uwagę, czy robi postępy, ale także czy to lubi. Kiedy widzę, że dziewczynka może znieść większe obciążenie, wydłużam jej treningi i dodaję trzeci. To może trwać trzy miesiące, a może i dwa lata. Jak przychodzi pięciolatka, to wolę z nią ćwiczyć powoli, jeśli ośmiolatka - trzeba ćwiczyć szybciej, bo jest mało czasu. Mało, bo kiedyś gimnastyczki występowały, mając i 25 lat, teraz kończą z reguły po maturze.

Bywa więc i tak, że pierwszych kilka miesięcy dziewczynka ćwiczy codziennie. Po dwie, trzy godziny. Przed zawodami, które odbywają się średnio co pięć miesięcy, ćwiczy dłużej.

Marcin w Hiszpanii grał po kilka godzin dziennie. Do tego turnieje i nauka. Sam musiał dzielić sobie materiał - dziś to, jutro tamto - nie miał przecież nikogo, kto goniłby go do lekcji.

Ewa Bukowska: - Sport nauczył go dyscypliny. Patrzyłam, jak przygotowuje się do matury i byłam przerażona: on nic nie robi! Siedział dwie godziny, a potem trenował. Ale okazało się, że on przez te dwie godziny był tak skoncentrowany, że to mu wystarczało. Nauczył się, że każda czynność musi mieć sens.

Wiosną Marcin zdawał dwie matury - polską i amerykańską, potrzebną mu, bo kalifornijski uniwersytet zaproponował mu stypendium sportowe na studia. Zdał obie. Jesienią zamierza powtarzać amerykańską, bo chce mieć lepszy wynik.

Zawody

Ewa Bukowska: - To koszmar dla rodzica. Emocjonalny. Tak strasznie chcesz, żeby wygrał, bo chcesz, żeby miał jakąś nagrodę za ten koszmarny wysiłek. Chociaż prawda jest taka, że jak dziecko kocha to, co robi, to jest to dla niego rodzaj zabawy, choćby hektolitry potu wylewał. Czasami Marcin przegrywał, to były dramaty. Ale jeśli ktokolwiek się wtedy źle zachowywał, to my. On chował wszystko do wewnątrz. Ja bagatelizowałam: "Nie myśl o tym, nic się nie stało". Marek, mąż, odwrotnie: "Zastanów się, co źle zrobiłeś!". Marcin był wtedy jedynakiem, ciągle na nim siedzieliśmy. Na szczęście w porę się opamiętaliśmy. Mówię "na szczęście", bo na turniejach widzieliśmy mnóstwo idiotów, którzy tak się identyfikowali z wynikami dzieci, że wymyślali im kary za porażki. Jedni za karę kazali synowi biec za samochodem.

Problem jest taki, że w polskim tenisie nie ma systemu opieki trenerskiej, na zawody jeździ się z rodzicami, oni przejmują część obowiązków trenerskich. I często okaleczają swoje dzieci. W Hiszpanii nie ma presji na rankingi dla siedmiolatków. Trenerzy starają się przeprowadzić zawodnika przez wczesne etapy, rozbudzając w nim radość z samej gry.

Katarzyna Szmytke: - Karolina przygotowuje się do swoich drugich zawodów. Nie mam ciśnienia. Na zawody jedzie sto dziewczynek, wygra jedna, bardzo zdolna. Bo w gimnastyce artystycznej są tylko trzy punktowane miejsca. Ale za pół roku są kolejne zawody i ona oczywiście znów bierze w nich udział. I znów wygrywa, bo nadal jest najlepsza. Znacznie lepsza sytuacja jest w pływaniu - możesz dostać medal za kraula, motylka, styl klasyczny, i to na wielu różnych dystansach. Więcej możliwości wygranej sprawia, że pływanie jest mniej frustrującą dyscypliną.

Beata Rybak: - U mnie każde dziecko, które chce ćwiczyć, może ćwiczyć i może brać udział w zawodach. I bywa, że słabsza dziewczynka przychodzi częściej, przykłada się, bo chce wystąpić na zawodach - w pięknym kostiumie, z podkreślonym okiem. I chociaż nie ma szans wygrać, to i tak jest wyróżniona - bo wzięła udział w zawodach.

Maria Ejchart: - Zawody? Nie sądziłam, że można się tak wzruszyć sukcesem swojego dziecka. To, jak ono zwycięża Widzę, ile Tadziowi dało narciarstwo, dostał dzięki niemu ogromny zastrzyk pozytywnej energii. Wygrywa, ale też uczy się, że nie zawsze się wygrywa.

Marii łatwo jest widzieć dobre strony rywalizacji, bo Tadzik głównie wygrywa: w ostatnim sezonie był drugi, w poprzednim - pierwszy.

Co o zawodach myślą matki dzieci, które są bardzo dobre, dużo ćwiczą, ale przyjeżdżają czwarte, siódme, dziewiąte?

Maria przyznaje: - Często myślę o tych dzieciakach, które są świetne, ale nie dostaną nawet dyplomu, bo dyplom jest tylko do szóstego miejsca. To jedna z tych ciemniejszych stron sportu.

Dlatego rodzice Tadzia uważają, że kiedy zobaczą, iż syn zamiast się narciarstwem bawić, zaczyna się denerwować, czy pobije rekord, czy będzie najlepszy - przerwą treningi. Czy Tadzik się z tym pogodzi?

Pieniądze

- Hiszpania kosztowała 10-20 tys. miesięcznie. Do tego sprzęt, wyjazdy na turnieje... Był czas, kiedy prawie wszystko, co zarabialiśmy, szło na tenis - mówi Ewa Bukowska. - Zastanawiałam się, czy mogę iść do fryzjera, czy muszę zrezygnować z pomocy pani do sprzątania. Był czas, że mąż rzucił aktorstwo dla firmy reklamowej - wszystko dla Marcina. Mieliśmy momenty załamania, ale zawsze braliśmy się do roboty. Gdybyśmy nie mogli już płacić za Hiszpanię, trudno, powiedzielibyśmy: "Kochanie, musisz wrócić". Na szczęście nie musieliśmy.

Tadziowi Ejchartowi narciarstwo funduje ojciec chrzestny. Sam jest narciarzem i powiedział, że wydatki z tym związane bierze na siebie. W zeszłym sezonie to było 10 tys. zł. W tym narty (na razie Tadzio używa jednej pary, kiedy zacznie jeździć slalom, będą potrzebne dwie, bo każda dyscyplina wymaga innego sprzętu) i wyjazdy. Narciarstwo nie jest tanim sportem.

Tak jest nie tylko z perspektywy Warszawy. Dzieci zakopiańskie, które trenują, mają trochę łatwiej i trochę taniej, bo nie muszą dojeżdżać w góry. Ale sprzęt kosztuje tyle samo. Też zresztą jeżdżą w Alpy, bo w Tatrach często brakuje śniegu.

Ale czy w ogóle istnieje sport - zawodowy czy choćby półzawodowy - dla ubogich?

Może gimnastyka artystyczna - zajęcia kosztują kilkadziesiąt złotych miesięcznie, dziewczynki w większości ćwiczą w legginsach i T-shirtach. Jedyny konkretny wydatek to stroje na zawody i przybory: piłka, hula-hoop, taśma. Nieporównywalne z kosztami tenisa.

Ale rodzice wiedzą, że część wydanych przez nich pieniędzy wróci, także w postaci gotówki, do ich dzieci. Nawet jeśli nie zrobią Bóg wie jakiej kariery sportowej.

Marcin Bukowski już powiedział rodzicom, żeby dawali mu mniej pieniędzy na utrzymanie - resztę dorabia, udzielając lekcji gry w tenisa.

Maria Ejchart: - Widzę, że nastolatki, które jeździły w WKN-ie, teraz udzielają lekcji dzieciakom.

Koniec

Rodzice wożą, czekają na sali albo pod salą, szykują stroje na zawody, wydają pieniądze na treningi, przyrządy, pocieszają i zachęcają. Aż któregoś dnia dziecko mówi: "Kochani, ja już nie chcę trenować".

Basia brylant, ta, która już po roku trenowania gimnastyki artystycznej była w czołówce swojego klubu, w gimnazjum wybrała życie towarzyskie. Jej trenerka Beata Rybak do dziś nie może tego odżałować.

Ewa Bukowska: - Wiele dzieci odchodzi od sportu, kiedy się zorientują, że nie muszą słuchać rodziców. Większość z tych, którzy zaczynali z Marcinem, już nie gra wyczynowo.

Beata Rybak: - Jak przychodzi kryzys, proponuję odpoczynek, mówię: "Nie przychodź na następny trening". Czasem taka przerwa wystarcza.

A jak nie wystarcza?

Maria Ejchart: - Tadzik będzie jeździł tak długo, jak długo będzie miał z tego fun. Jeśli powie, że nie chce, przestanie. My na pewno zmuszać go do narciarstwa nie będziemy. Myślę, że tak jak się spontanicznie narciarstwo Tadzia zaczęło, tak się spontanicznie skończy. Szkoła i dom są ważniejsze. Jeśli w czwartej klasie Tadzik sobie nie poradzi, przestanie jeździć. Nie wyobrażam sobie też, żebyśmy mieli go wysłać do szkoły z internatem, nie widywać go na co dzień. Normalność jest ważniejsza od sportu.

Kasia Szmytke: - Zastanawiamy się z mężem, do jakiego gimnazjum posłać Kubę. Chyba jednak do ogólnego. Sport wyczynowy wymaga bardzo dużo pracy. Co po gimnazjum sportowym? Sportowe liceum? A potem co? AWF, jak ja. I co będzie robił? Mistrzem olimpijskim w pływaniu nie będzie, gdyby miał szanse, już by było wiadomo. Poza tym mąż ma 176 cm, ja też nie jestem wysoka, a żeby zostać wybitnym pływakiem, trzeba mieć 2 metry. Kuba ma na to małe szanse. Ale ja swoje sportowe życie wspominam jako wspaniałą przygodę.

Marcin Bukowski jesienią jedzie studiować i grać do USA. Chciałby być w pierwszej setce światowych tenisistów. Jest guru dla swojego siedmioletniego brata. Brat chodzi na minitenisa, ale nie zapowiada się, żeby miał zostać sportowcem.

Trener dżudo Kuby chciałby, żeby chłopak ćwiczył codziennie - ma talent. Kuba, wicemistrz Polski w "grzbiecie", na dżudo może poświęcić tylko dwa dni w tygodniu. Ale trener nie załamuje rąk, mówi, że to nie jest sport, w którym trzeba wcześnie zaczynać. Może za pięć, sześć lat Kubie się odmieni?