Były asystent Fergusona dla Sport.pl: Celem zawsze był dobry futbol

Każda legenda to nie tylko główny bohater. Na Old Trafford jeszcze przez dekady będzie mówiło się o wpływie Sir Alexa Fergusona na sukcesy Manchesteru United, ale i za nim stała armia wiernych ludzi pomagających mu w osiąganiu wyników. Jednym z nich był Jimmy Ryan, z którym o szkoleniu młodych piłkarzy rozmawialiśmy w Manchesterze.
Historia tego Szkota w Manchesterze zaczęła się na długo, zanim zawitał tam Ferguson. Konkretnie to od telefonu, który wykonał Sir Matt Busby w 1962 roku zapraszając 17-letniego Jimmy'ego Ryana na testy, a potem oferując mu kontrakt w United. W czerwonej koszulce zagrał w kilka lat mniej niż trzydzieści spotkań, ale stał się częścią drużyny legendy, która zwyciężyła w Pucharze Europy w 1968 roku - dekadę po katastrofie w Monachium. Ryan najlepiej wspomina asystę przy golu Briana Kidda w pierwszym ćwierćfinałowym spotkaniu z Górnikiem Zabrze. - Nigdy nie byłem tak wykończony, jak po tamtym meczu - śmieje się Szkot.

Jego powrót do Manchesteru United to kolejny niespodziewany telefon - tym razem od Fergusona, który w 1991 roku zaoferował mu pracę z rezerwami. - Nigdy nie chciałem być prawdziwym menedżerem, nawet w Luton mnie bardziej do tego zmuszono, niż sam się na to zdecydowałem - dodał, gdy rozmawialiśmy w ostatnim tygodniu. Przez trzy dni prowadził treningi ze zwycięzcami obozów Polish Soccer Skills - to projekt, który oferuje dzieciom możliwość indywidualnych zajęć podnoszących umiejętności. I chociaż Ryan ma już 69 lat i od dwóch jest na emeryturze, to trudno o lepszego eksperta i wprawniejsze oko do oceny talentu.

Mamy nad Anglią przewagę?

Przecież przez jego drużynę rezerw United przeszedł każdy ze słynnej "Class of 92" - David Beckham, Ryan Giggs, bracia Gary i Phil Neville'owie, Paul Scholes (ulubieniec Ryana) i kilku innych. To on w ostatnich dziewięciu latach swojej pracy odpowiadał za najważniejszy etap w szkoleniu młodzieży, przejście juniorów na poziom seniorski. - Wszyscy myśleliśmy, że Tyler Blackett swój szczyt osiągnął w wieku piętnastu lat - mówi teraz, gdy staram się wyciągnąć od niego opinię na temat obecnej sytuacji w Manchesterze United. O ile rozwój najmłodszych piłkarzy w składzie Ryan komentuje chętnie, tak wyniki i zmiany zespołu Louisa van Gaala zbywa machnięciem ręki.

Blackett, który w tym sezonie przebił się do pierwszego składu Manchesteru United, jest jednym z przykładów na to, że nie wolno przedwcześnie skreślać zawodnika. Ryan twierdzi, że to, co pomogło mu najbardziej, to gra ze starszymi. - Zaczęliśmy tak robić w akademii, dwa razy w tygodniu zapraszać na treningi starszych grup zawodników 2-3 lata młodszych. Dla nich to świetny sposób do obserwacji z bliska, jak wiele im brakuje, ale też co i jak robić na boisku - tłumaczy Ryan. - Gdy zaczęliśmy sprawdzać ten system, okazało się, że chłopcy sami przychodzą do mnie i proszą o trening ze starszą grupą, a nawet z konkretnymi kolegami.

I ostatnie zajęcia, które poprowadził z grupą sześćdziesięciu polskich adeptów z Polish Soccer Skills, polegały na połączeniu zawodników od ósmego do dziewiętnastego roku życia i stworzeniu kilku drużyn, które ze sobą rywalizowały. - Co zaskoczyło mnie najbardziej, to fakt, że gdy najmłodsi upadali i coś im się stało, reszta przerywała grę, starsi koledzy szybko podchodzili, by sprawdzić, co się dzieje. W Anglii czegoś takiego nie ma, tu oczekuje się od każdego, by szybko się pozbierał, bo inaczej wypada z gry. Nie twierdzę, że jest to lepiej, bo przecież z naszym futbolem jest wiele złego. Może nawet ta różnica w mentalności działa na waszą korzyść - dodaje i podkreśla, że w zorganizowanym na szybko miniturnieju najlepiej zaprezentował się ten zespół, w którym starsi współpracowali z młodszymi, a nie ich ignorowali.

Grać jak na ulicy

Dwukrotnie przez krótki czas sprawował rolę asystenta Fergusona, raz nawet poprowadził pod jego nieobecność spotkanie ligowe (przegrane 2-3 z Middlesbrough w 1998 roku), ale zawsze wolał pracę z młodzieżą, na boisku treningowym. Zapytany o swoją filozofię szkolenia zaskakuje zdecydowaną odpowiedzią: "Wolność". Wolność? - Tak. Jak myślisz, dlaczego w Szkocji nie ma już tak utalentowanych piłkarzy jak kiedyś, jakimi byli Denis Law czy Jimmy Johnstone? Oni wszyscy wychowali się, grając na ulicy, w trudnych warunkach, gdzie najistotniejsza była kontrola piłki lub przedmiotu, który ją zastępował. Zawsze musieli też zwracać uwagę na różne przeszkody, doskonale wiedząc, jak ich unikać, dostrzegając je zawczasu. Dla nich to była przyjemność i nauka - mówi, zaznaczając, że nawet w jednym z najnowocześniejszych ośrodków treningowych starał się odzwierciedlić te warunki.

Jedno z takich ćwiczeń zaprezentował również na wspomnianych treningach. Na wąskim, ale długim wyznaczonym odcinku boiska zebrał dwudziestu zawodników podzielonych na dwie drużyny, których celem było przeprowadzenie przez gąszcz nóg piłki na wyznaczony koniec. - Warunki jak na ulicy - zauważa Ryan, nazywając to ćwiczenie "korytarzem". Początkowo chaos był straszny, ale ci lepiej wyszkoleni technicznie szybko się dostosowali, a im dłużej trwała gra, tym sprawniej wychodziło im wymienianie podań na małym polu i przy ciągłej presji rywala.

Pytam, czy w Manchesterze United też w ostatnich latach coraz więcej stawia się na różne ćwiczenia na utrzymanie piłki. - Może teraz, głównie przez zmianę menedżera - odpowiada Ryan. - Ale wcześniej przede wszystkim chodziło nam o rywalizację, grę w zespołach dwu-, trzy-, czteroosobowych. Zawsze z konkretnym celem, nie tylko posiadaniem dla posiadania. To działało, a takie gierki, nawet z wyznaczonymi zadaniami, były ostre, na najwyższym tempie i przy maksymalnej rywalizacji. Doszło do tego, że niektóre grupy same organizowały sobie mecze, gdy my już dawno po zajęciach piliśmy herbatkę w budynku klubowym - uśmiecha się.

- Kilka lat temu graliśmy z Chelsea w półfinale młodzieżowego Pucharu Anglii - opowiada. - Na wyjeździe zremisowaliśmy, ale już w rewanżu na Old Trafford kompletnie ich zdominowaliśmy, wygraliśmy kilkoma bramkami. Po meczu przyszli do mnie ich trenerzy, pytali dlaczego nasi zawodnicy wyglądali tak świetnie pod względem fizycznym, byli silniejsi i szybsi w pojedynkach, chcieli poznać tę rewolucyjną metodykę. A przecież wszystko było oparte na małych grach, ciągłej nauce gry bezpośredniej z rywalem, małych meczach, które także doskonaliły ich przygotowanie - tłumaczy Ryan. Cierpliwie, spokojnie, ale z łatwo zauważalną pasją. Jego zdaniem w szkoleniu nie powinno być obawy gry "na wynik", jednak rolą trenerów jest nie dopuszczenie do sytuacji, w której rezultat przesłania priorytety, czyli rozwój każdej jednostki.

W United już nowe. Lepsze?

- Zawsze czerpałem radość z oglądania, jak grają młodzi chłopcy, jak starają się wykorzystać swoje umiejętności i wierzę, że będę robił to również na emeryturze - mówił w jednym z nielicznych wywiadów, którego udzielił oficjalnej stronie Manchesteru United w czerwcu 2012 roku z okazji zakończenia długiej kariery. - Wszystko się zmienia, coraz więcej jest nauki, warunki są coraz lepsze, ale dobry futbol pozostaje nadrzędnym celem - dodawał. Menedżerowie, od których się uczył, zawsze stawiali na ofensywny styl gry, obecnie wydaje się, że jest on efektem słabości drużyny w defensywie.

Gdy współcześnie mówi się o periodyzacji szkolenia, jej filozofii czy różnych systemach, podejście Ryana jest znacznie bardziej naturalne. Sam nie ukrywa, że wpływ miało na to wychowanie w małej wiosce górniczej w Szkocji, ale też podglądanie i uczenie się od takich potęg jak Busby czy Ferguson. Ich rekordy mówią same za siebie i nie są liczone tylko w pucharach, ale wychowankach, którzy je wygrywali. David Moyes nie poszedł za radą Fergusona i sprowadził swoich ludzi, z kolei van Gaal od zawsze podkreśla przywiązanie do własnej filozofii. O tym, czy zabraknie tego, co stworzyli najsłynniejsi w historii klubu Szkoci - wśród nich Jimmy Ryan, choć z drugiego szeregu - jeszcze się przekonamy.

Co ty wiesz o filmach sportowych? [QUIZ]


Więcej o: