Z dzieckiem na rolki

Wystarczy włożyć na nogi kolorowe buty z czterema kółkami i pojechać do przodu. Reszta przychodzi sama. Kto nigdy nie miał na sobie rolek, nie wie, co traci! - przekonują nasi bohaterowie.
Jazda na rolkach to sport demokratyczny. Nie wymaga umiejętności technicznych ani szczególnych warunków fizycznych. Można go uprawiać w miejscach publicznych, gdzie nie trzeba płacić za wstęp, np. na asfaltowych alejkach w parku. Na rolkach może jeździć i ruchliwy przedszkolak, uwielbiający prędkość dziesięciolatek, tata po kontuzji kolana i mama, która od dawna nie uprawiała sportu. Na jednym boisku każdy znajdzie coś dla siebie: można robić spokojne kółka, ćwiczyć podskoki i przeplatankę, grać w hokeja, kręcić piruety. Jazda na rolkach ćwiczy koordynację, równowagę, wzmacnia mięśnie nóg, pleców i rąk (ruch jest globalny).

Rolki można kupić już dwulatkowi, jednak jazdę jest w stanie opanować dopiero czterolatek. Na początek musi wiedzieć, że ma się pochylić do przodu i ugiąć nogi. Reszta przyjdzie sama. Wystarczy regularnie ćwiczyć i obserwować doświadczonych rolkarzy. Oczywiście w towarzystwie dorosłych, którzy zadbają o bezpieczeństwo małego sportowca - w tym kask i ochraniacze.

Świetną zachętą do jazdy na rolkach jest wyposażenie dziecka (nawet początkującego) w kij do unihokeja i specjalną piłkę. Dzięki temu malec zapomina o lęku: skupia się na wbiciu piłki do bramki, odważnie posuwa do przodu. Poza tym kij może posłużyć jako podpórka. Motywująco działa też towarzystwo innych dzieci. Ale najlepszy doping to jeżdżący na rolkach rodzice.

Magda Dąbrowska, mama 6-letniego Mateusza

Na punkcie rolek oboje z Mateuszem mamy hopla. To nie przypadek, że zaszczepiłam w nim tę pasję. Mój tata prowadził sklep z rolkami, a ja jako ośmiolatka wygrywałam wszystkie puchary rolkowe na torze Stegny. Potem przerzuciłam się na jazdę rekreacyjną.

Mój syn pierwsze rolki hokejowe dostał, gdy miał rok. Oczywiście pełniły głównie funkcję zabawki. Na poważnie jeździ, od kiedy skończył 4 lata. Zaczynał naukę od chodzenia w rolkach po dywanie w domu. Chodziło o to, żeby nauczył się utrzymywać równowagę. Mógł też w bezpiecznych warunkach poćwiczyć to, co najważniejsze na początek, czyli pochylenie się do przodu. W ten sposób unikamy nieprzyjemnego, acz częstego u debiutantów upadku na plecy i potylicę. Już na torze, trzymając go za rękę, uczyłam go najpierw chodzenia. Stawiał małe lekkie kroczki, które z czasem się wydłużały.

Jeździmy przede wszystkim na warszawskim torze Stegny. Pod domem nie ma warunków, a nawet gdyby były, bałabym się nadjeżdżających samochodów i skuterów. Nie lubimy też jeździć po osiedlowych alejkach z kostką brukową, bo potem boli głowa. Odpadają też ścieżki rowerowe. Są bardzo zatłoczone i tak wąskie, że zamiast robić typowe dla rolek zamaszyste ruchy, trzeba przestępować z nogi na nogę.

Od początku umawialiśmy się ze znajomymi i jeździliśmy całą gromadą. Dzieciaki świetnie bawiły się razem i wzajemnie dopingowały do nauki.

Kiedy Mateusz miał 4 lata, jazda trwała pół godziny. Teraz na torze spędzamy po 2-3 godziny, a jesteśmy tu kilka razy w tygodniu. Nie ma mowy o nudzie: syn robi najpierw dwa kółeczka z koleżankami i ćwiczy z nimi piruety, potem ściga się z kolegami, ćwiczą skoki albo wszyscy razem grają w hokeja. Przy okazji uczą się współpracy, rywalizacji, zasad fair play.

Kiedy kończy się sezon, gładko przerzucamy się na łyżwy. Bo ruchy i zasady są niemal identyczne.

Kupuję Mateuszowi rozsuwane rolki porządnej firmy. Pilnuję, żeby dobrze trzymały nogę w kostce i miały dość miękkie kółka (wtedy drgania nie przenoszą się na stawy ani mózg). Ochraniacze też mamy porządne. Najważniejsze są te na nadgarstki i kolana (dziecko pada najpierw na nadgarstki, potem na kolana, na końcu na łokcie). Najlepiej się sprawdzają takie ze skarpetą. Powinny dobrze przylegać, ale nie ściskać stawu. Kask też jest obowiązkowy.

Agnieszka i Grzegorz, rodzice Zosi (7,5), Hani (5,5) i Marianny (1,5)

Największą fanką rolek jest w naszej rodzinie najmłodsza Marianna. Kiedy jadąc na rolkach pchamy ją przed sobą w wózku, jest szczęśliwa. Nic dziwnego, to najszybsze spacery, jakie można sobie wyobrazić! Marianna obserwuje mijanych ludzi, pokazuje paluszkiem kaski, a kiedy przystajemy, stuka w nasze ochraniacze. Podczas jazdy dobrze jej się też śpi.

Pierwsza w naszej rodzinie na rolkach stanęła Zosia. Miała wtedy 4 lata i była pełna entuzjazmu po udanym sezonie łyżwiarskim. Przez dwa lata jeździła z kuzynem albo koleżanką. Agnieszka miała ochotę do niej dołączyć, ale ze względu na ciążę, a potem narodziny najmłodszej córki, Marianny, musiała się wstrzymać aż do tego roku.

Hania też stanęła na rolkach w tym sezonie. W przeciwieństwie do odważnej i żywiołowej siostry, jeździ ostrożnie i wolno. Ale coraz bardziej jej się to podoba. Kiedy mama zagaduje ją po drodze i wciąga w rozmowę, Hania zapomina o wystających korzeniach i kamyczkach i pewnie posuwa się do przodu. Próbuje nawet jechać na jednej nodze, podskakiwać. Wiadomo, strach jest w głowie. Ostatni rolki włożył Grzegorz. Włożył i natychmiast zaskoczył. Teraz to on jest najbardziej brawurowym rolkarzem w rodzinie.

Na początek kupiliśmy dziewczynkom niedrogie rolki (podstawowy model z dużego sportowego sklepu). Są regulowane, więc posłużą jeszcze kilka lat. Gdy Zosia i Hania dobrze opanują jazdę i przestaną tak szybko rosnąć, dostaną lepszy sprzęt. Wyposażyliśmy je też w ochraniacze. Najważniejsze są te na nadgarstki i kolana, ale na łokcie też się przydają.

Na początek udzieliliśmy córkom kilku prostych instrukcji. Po pierwsze, mają być pochylone do przodu. Po drugie, mają uginać kolana. Po trzecie, pada się do przodu. Po czwarte, jak hamować. Nad resztą pracują same. My zresztą też, bo przecież wszyscy się dopiero uczymy. Jeździmy w pobliskim parku, gdzie są długie asfaltowe alejki, świetne dla rolkarzy.

Więcej o: